Menu


Archiwum

2015 wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014 2013 2012 2011 2010

Layout

By: Mess. All rights reserved.

Powered by Ownlog.com & Fotolog.pl

Daj się porazić!

Link :: 08.06.2010 :: 23:34

Ratt - Infestation

Trochę historii
Ratt powstał w 1976 w San Diego. Jak na ponad trzydziestoletni zespół wydali mało - 8 albumów. Grają Glam Metal, czyli metal, tylko z dużą ilością metroseksualności. Początkowo wyglądali tak i ciężko było stwierdzić czy nie mają kobiet w składzie, ale patrząc na to jak wtedy wyglądało Bon Jovi, można im to wybaczyć. Obecnie mają za sobą jeden rozpad, jedno zejście się ponowne, bardziej męskiego Stephena Pearcy'ego, niezatapialnego Warrena DeMartiniego i generalnie wyglądają teraz tak


Fajny kawałek kiedyś nagraliście
Prawdopodobnie nikt nie potrafi śpiewać o miłości tak jak Ratt. Były i czasy, kiedy przyćmiewali swoimi gitarami. Ale nikt, absolutnie nikt nie miał tak genialnego teledysku z taką ilością ładnych dziewczyn
I ten saksofon...


*Click* Playing...
Płytę otwiera delikatnie rozkręcane typowym dla Rattów riffem Eat Me Up Alive. Mogę z całą śmiałością stwierdzić, że wokal Pearcy'ego nie zmienił się przez te 11 lat ani trochę. Zero śladów starzenia się, dalej bardzo podobny zasięg skali. Właściwie nic się tu nie zmieniło, co więcej miałem wrażenie, że słucham zremasterowanego starszego Ratta, tak z okolicy po Invasion of Your Privacy, zdecydowanie pozytywne zaskoczenie. Całe cztery minuty pierwszego utworu zachęcają mnie do dalszego słuchania. 
Zmiana piosenki. Teraz tempo zwalnia i wchodzi promujący całą płytę Best of Me. Jak zwykle jest to piosenka o miłości (naprawdę kapela istnieje ponad 30 lat i zawsze znajdą sobie sposób na zaśpiewanie o tym samym po raz xyz), bardzo spodobały mi się tutaj harmonizacje DeMartiniego które można usłyszeć w tle zwrotek. Solo może nie jest jakoś specjalnie soczyste, ale ma swój urok. Po solówce tzw. "część koncertowa" czyli śpiew + bębny i wchodzące kolejno instrumenty - idealne do śpiewania na żywo.
Piosenka wycisza się i nagle agresywnym riffem i solówką atakuje uszy A Little Too Much. Tutaj pierwszy zawód, zwrotka odrobinę za wolna moim zdaniem, ale refren nadrabia, nie tyle tempem co linią melodyczną. Po drugiej zwrotce bardzo ładne zwolnienie i wokal "mówiony" (nie wiem czemu ale Pearcy mi przypomniał tu trochę Mustaine'a) i wejście w solówkę. Właśnie na coś takiego czekałem. Bardzo dobra konstrukcja, instrumental na pełnej. Potem jeszcze tylko refren, wyciszenie i jedziemy dalej.
I znów solówka na start, ale tym razem spokojniejsze tło i bardziej "swingujący" klimat. To Look Out Below. Piosenka nie chwyta za jądra, ma przyzwoitą solówkę, ot, taki wypełniacz środka płyty, pierwszy mały spadek formy.
I znów pobudka, Last Call, lekki riffek, wchodzi solówka, początek prawie jak w utworze numer jeden, ale jednak to nie to. Bardzo ciekawie zbudowany utwór. Zwrotka, chilloutowy bridge, refren płynnie przechodzący w zwrotkę i znowu chilloutowy mostek (bardzo mi się spodobał), refren i świetna solówka Warrena, po czym chillout, refren i chilloutujemy do końca. Szacunek wraca, poprzedni utwór musiał być wypadkiem przy pracy.
Taki totalnie wyluzowany nagle dostaję po uszach tekstem "Are You ready for the big fun?". I jednak nie dostaję tego big funu, którego się spodziewałem. Lost Weekend rzeczywiście jest stracony, mimo przyzwoitej kompozycji i przesłania. Jedynym przebłyskiem jest mostek przed solówką, która też jest mierna. Jakoś nie porwał mnie ten kawałek, a jestem dopiero w połowie płyty i zaczynam mieć obawy, że później będzie już tylko gorzej.
Wchodzi As Good As It Gets, typowa "pseudoballada" Rattowa. Najdłuższy kawałek (4:38) ma swój klimat, trzyma poziom przez cały czas trwania. Pearcy prawie mówi, nie śpiewa, DeMartini z Cavazo leniwie mu przygrywają, w tekście słychać coś o Cheshire Cat. Melodyjna solówka Warrena, potem znów trochę swingowania i utwór kończy się połączoną solówką w tle refrenu. Jest dobrze - myślę sobie - ich poziom.
Następuje miło smyrający riffek, "oł je" Stephena, krótkie solo i nagle "I have a bad reputation...". To Garden of Eden. Zwrotka zapowiada całkiem dobry utwór, ale nadchodzi refren i... I... I ja nie wiem co mam z tym zrobić. Niby spoko, ale to przeciąganie "in dis garden of iiiiiden"... Może niekoniecznie. Po refrenie ratuje mnie bardzo dobra solówka, w którą potem już wsłuchuję się bardziej niż w porykiwania Pearcy'ego o Edenie.
Czas na najkrótszy kawałek (2:46) o przewrotnej jak na długość nazwie Take A Big Bite. Ma bardzo przyjemną melodię i skłania do słuchania. Najbardziej trafionym pomysłem jest tutaj refren. DeMartini z Cavazo śpiewają, a Pearcy "śpieworecytuje". Do tego niezła pierwsza solówka, choć tak krótsza pod koniec w refrenie bardziej trafiona. Ale może to tylko ja.
Teraz znowu spowolnienie. Spokojna balladka Take Me Home. Bez jakiejś specjalnej ekstazy, prosto i skutecznie. Można się wsłuchać w ładny tekst, zamknąć oczy i odczuć przesłanie. I nagle wchodzi partia symfoniczna. Coś pięknego, to trzeba usłyszeć. I potem solówka. A w tle nadal symfonia. I potem i symfonia, i solówka, i refren. Niesamowite.
Tym sposobem docieramy do końca płyty. Zamyka ją kawałek Don't Let Go. Bardzo mi się podoba spójność, że album kończy się w podobnym klimacie jak zaczyna, ale... To jednak trochę popłuczyny po rewelacyjnym Eat Me... Piosenka sama w sobie nie jest zła, ale jednak za dobra też nie jest. Taki stan średni, dobrze podsumowujący całość.

MVP i NVP
Tytuł MVP (Most Valuable Piosenka) płyty idzie do Eat Me Up Alive. Przypomniało mi to starego dobrego Ratta. Wystarczyło.
Tytuł NVP (Niekoniecznie Valuable Piosenka) za to trafia do Lost Weekend. Dla mnie kawałek w ogóle nie trafiony w klimat całej płyty.

Całą płytę oceniam w okolicach tzw. dobrego środka. Jest spójna, ma "momenty", ale z drugiej strony to już nie ten Ratt co kiedyś. 6+/10


Komentuj (1)

"Push to Play" czyli zaczynamy.

Link :: 01.06.2010 :: 22:07

Witajcie.
Nie mam zielonego pojęcia co mnie pchnęło do założenia tego bloga. Podejrzewam, że natłok dobrych płyt, które ukazały się/ukażą w tym roku. Zawsze lubiłem pisać, a jakoś nigdy nie miałem mobilizacji. Teraz ją znalazłem i mam nadzieję, że ją podtrzymacie swoimi komentarzami itp. 

Już niedługo inauguracyjny wpis z jakże subiektywną pseudorecenzją płyty wydanej w minionym miesiącu czyli maju. Do przeczytania!


Komentuj (0)